To ja na rozluźnienie atmosfery, dodaję kolejną recenzję
.
Zapewne większość z Was uważa Vina Diesela i jego twórczość za totalny chłam i badziew. Coś w tym jest, nie wątpię. Ale tylko, jeżeli chodzi o aktorstwo. W XXIw. Zadebiutował bowiem na scenie gier elektronicznych, wydając Kroniki Riddicka: Ucieczkę z Butcher Bay, przedmiot dzisiejszej recenzji. O ile filmy Diesela najczęściej okazują się być sztywnymi i sztampowymi produkcjami klasy B, o tyle gra (a raczej, „egranizacja”) prezentuje się wręcz wspaniale! Zapraszam do Butcher Bay...
„Dead man walking here!”... – czyli o fabule...
Ogromna większość z nas zna Riddicka, a właściwie Richarda B. Riddicka, z filmów „Kroniki Riddicka” i „Pitch Black”. I się nie dziwię, bowiem o Ucieczce z Butcher Bay zrobiło się głośno dopiero później. Gra powstawała na licencji tych produkcji, więc zajdziemy wiele nawiązań, postaci czy nawet aktorów, związanych z powyższymi filmami. Tym bardziej, że historia w nań zawarta dzieje się przed „Pitch Black”. Ale, od początku...
Naszym bohaterem jest Riddick, jeden z ostatnich przedstawicieli starożytnej rasy Furionów, człowiek niebezpieczny i silny. A co ja gadam!? Riddick to najniebezpieczniejszy człowiek w całym Wszechświecie, a jego stalowe mięśnie rozgniatają samym widokiem. Richarda (bo tak ma na imię na prawdę) szukają wszyscy łowcy głów, każdy chce go znaleźć i zdobyć za niego fortunę. Spytacie się dlaczego tak nękają biednego Furiona? Ano, chciał się zemścić na całym Bożym świecie, bowiem Lord Marshall zlikwidował i wyciął w pień całą jego rasę i zdewastował planetę ojczystą. Teraz już chyba nikt się Richardowi nie dziwi. Sama akcja Ucieczki z Butcher Bay jest zawarta w tytule. Johns, osobnik, któremu udało się pochwycić naszego bohatera, oddaje go (oczywiście za sowitą opłatą) pod „opiekę” więzieniu Butcher Bay. Nie jest to jednak byle jakie więzienie – najsurowsze, najniebezpieczniejsze, najbardziej strzeżone w całym Wszechświecie. Do tego jeszcze trafiają tam sami najwięksi degeneraci z odległych zakątków, planet, których nazwy nie potrafilibyśmy nawet wymówić. Naszym głównym celem będzie od tej pory dać nura z tego miejsca. Jak się okaże, wcale nie będzie to takie łatwe, jak brzmi... Po drodze Richard dowie się kilku rzeczy o sobie, swoim przeznaczeniu i swojej przeszłości, więc nuda nam nie grozi.
Fabuła sama w sobie nazbyt odkrywcza nie jest. Z tym że oprócz wątku głównego, który opisałem powyżej, znajdziemy kilkadziesiąt questów pobocznych, dzięki którym poznamy historię zarówno więzienia, jak i więźniów. W efekcie daje to na prawdę dobrze przemyślaną i oryginalną historię, która nie nuży, jak to w co niektórych grach tego typu.
Graficzny majstersztyk – czyli o grafice...
Tego aspektu pominąć się po prostu nie da. Mimo 5 lat na karku, Kroniki Riddicka nadal świetnie wyglądają! I nie sugerujcie się tym, że jest to konwersja z Xboxa – wszystkie tekstury wyglądają tak, jakby były przygotowywane specjalnie dla wersji pecetowej. Ponadto świetna gra cieni, dopracowany bump-mapping, dynamiczne oświetlenie i inne efekty tylko utwierdzają w opinii, że kilka lat temu to „Ucieczka...” wyznaczała standardy graficzne. Przykłady? A choćby podczas skradania. Ekran staje się niebieski, kiedy pozostajemy w ukryciu, a kolory powracają jedynie wtedy, gdy któryś ze strażników nas dostrzeże. Muszę tu wzmiankować o oczach naszego Furiona. Widzi w ciemności, dzięki noktowizji, zainstalowanej podczas rozgrywki w Kopalni. To ogromny bonus dla nas, duża przewaga nad przeciwnikami. Świetnie wygląda np. spoglądanie w silny słup świata z włączonym trybem widzenia w ciemności – oślepia nawet gracza przed ekranem monitora. Niby mała rzecz, a cieszy. Kolejnym, bodaj najlepszym według mnie elementem oprawy wizualnej, są animacje postaci. Strażnicy robią płynne uniki i biegają z widoczną gracją, a nasi oponenci więzienni zaskakują wyszkoleniem technicznym w walce wręcz i jednoczesną lekkością w wyprowadzaniu ciosów. Słowem, wszystko (bądź prawie wszystko) rusza się tak, jakbyśmy sobie tego życzyli. Napomknę tu jeszcze o takich szczegółach, niezauważalnych pewnie dla większości, jak robieniu pompek przez skazańca, czy choćby modłach do ... Allaha?
Na oddzielną część recenzji postanowiłem przydzielić postać głównego bohatera. Podczas rozgrywki mamy bowiem okazję zaobserwować niespotykany proceder. Vin Diesel udzielił Riddickowi całe swoje ciało, swoją twarz i swój głos (ale o tym później). Jak to wygląda? Nieziemsko. Praktycznie nie widzimy różnicy, między realnym Dieselem a fantastycznym Riddickiem. Powoduje to na pewno większe wczuwanie się w postać głównego bohatera, ale też zwiększa doznania graficzne. Tak na prawdę, bohatera „Ucieczki...” wykonano z taką pieczołowitością, jakiej od dawna nie można było zaobserwować w grach elektronicznych. A co nasz Furion potrafi? Standardowo (choć okazuje się, że nie do końca), umie się wspinać, podciągać, chodzić po drabinach, kucać, robić przewroty. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że podczas tych czynności włącza się kamera TPP. Efekt? Świetny. Obserwujemy wtedy kunszt animacji postaci. I właśnie o to chodzi! Wartym odnotowania jest także element świadomości ciała. Podczas rozgrywki możemy spojrzeć w dół – ujrzymy nasze nogi. Możemy spojrzeć w bok – spostrzeżemy nasz bark. Niby niewiele, ale zawsze zwiększa realizm. Podsumowując ten krótki wywód na temat Riddicka – wierzcie lub nie, ale to chodząca indywidualność, jeden z największych kozaków w grach elektronicznych, a do tego świetnie wyglądający...
A jak prezentują się lokacje? Kusząco dobrze. Więzienie to zniszczone, zabrudzone, totalnie zapuszczone miejsce, w którym nikt nie chciałby się znaleźć. Jama to najgłębsze podziemia, w których znajduje się tylko podłoga i ciemność. Ale, jak każdy z nas wie, nie tylko... Reszta to długie i szerokie korytarze, po których „kozaczymy”. Wszystko wygląda stosownie do charakteru wnętrza.
No i na koniec, poruszmy trochę temat cut-scenek. Nie występują one w przytłaczającej liczbie, ale są i napędzają akcję. Co prawda możemy trochę narzekać na ich wykonanie, szczególnie jakość oddali i drugiego planu, ale to co najważniejsze – czyli Riddick + reszta – wyglądają tak, jak powinni. Bez najmniejszych wad.
Kończąc ten długi opis grafiki, mogę zagwarantować odpowiednie doznania graficzne podczas rozgrywki. Kroniki Riddicka zaskakują jakością tekstur i niekonwencjonalnymi rozwiązaniami, które tylko potęgują „uśmiech oczu”. Grafika zdecydowanie na plus
Więzienie i muzyka filmowa – czyli o ścieżce dźwiękowej...
W tym aspekcie, każdy znajdzie coś dla siebie. Z jednej strony mamy soundtrack więzienny, czyli brutalny język, krzyki i jęki, darcie ryja i różnorakie szepty skazańców, z drugiej strony soundtrack filmowy. Ten drugi pojawia się przy okazji jakichś grubszych akcji, okraszonych litrami krwi i dziesiątkami pocisków. Ta rozbieżność jest słyszalna, ale to jedynie plus. O ile ta pierwsza ścieżka to głównie rozmowy i brutalne krzyki, o tyle ta druga zaskakuje jakością i dobitnością. Wyraźnie usłyszymy elementy orkiestry symfonicznej. A w połączeniu z krwawą jatką, połączenie to gwarantuje niezapomniane doznania.
Bardzo ważnym elementem Kronik Riddicka, jest voice-acting. Oprócz fenomenalnego głosu Vina Diesela, usłyszymy m.in. Xzibita, Rona Perlmana i Cole’a Hausera. Cała czwórka jest znana i postarała się, by głosy ich postaci odzwierciedlały ich samych. Riddick ma w głosie to „coś”. Pewność siebie, zadziorność i... szaleństwo? Kwestie typu „I think you gonna need backup” albo „Boisz się ciemności? Ja nie. To ciemność obawia się mnie” przeszły do już do kanonu historii. Fakt faktem, już sam głos Diesela może spowodować u przeciwników atak serca. Podobną dewizę przyjął chyba Xzibit, który użyczył głosu Abbottowi, naczelnikowi bloku więziennego, w którym zamknięto Richarda. Zachłanność, pewność siebie i zadziorność to cechy czarnego kozaka. Wniosek? Możemy spodziewać się nieuniknionego pojedynku dwóch wielkich indywidualności – Riddicka i Abbotta. Nie ma co się dłużej rozwodzić – soundtrack „Ucieczki...” jest świetny. Szczególnie polecam wsłuchać się w odgłosy w Jamie. Wrażenia na najwyższym poziomie gwarantowane...
FPS czy miks? – czyli o fizyce gry i innych szczegółach...
Rozwiejmy teraz wszelkie niedomówienia. Kroniki Riddicka są typowym FPSem w jakichś... 20%? Reszta to sekwencje skradankowe, przygodowe i RPG, okraszone dodatkowo soczystym mordobiciem. Można więc rzec, że jest to miks wszystkiego i każdy powinien się w tej grze odnaleźć. Coś w tym faktycznie jest. Samą rozgrywkę możemy podzielić na 3 części. Pierwsza – więzienie. Tu mamy elementy RPG i przygodowe (rozmowy, handel, questy). Poznajemy historię więzienia i więźniów, orientujemy się w lokalnych układach sił. Możemy (a raczej powinniśmy) pomagać współlokatorom, którzy odwdzięczać się będą ciekawymi informacjami i przydatnymi przedmiotami. No i oczywiście, pobijemy tu kilku-kilkunastu rzezimieszków, którzy wejdą nam w drogę. Druga część – Jama i Kopalnia. Tu przede wszystkim mamy do czynienia z elementami skradanki. Jesteśmy wyposażeni jedynie w śrubokręt i paralizator, więc mamy małe pole do popisu. Tu najważniejsze są koordynacja, opanowanie i cierpliwość. No a poziom w Jamie jest już legendarnym... Trzecia część to główne więzienie, nasza droga do ucieczki. Tu dorwiemy karabiny, zasiądziemy nawet za sterami mecha strażniczego, tzw. Riot Guarda. I tak na prawdę, tutaj poczujemy moc Kronik Riddicka jako strzelanki.
Jak w każdym shooterze, nie może zabraknąć środków masowej eksterminacji wrogów. Mamy do dyspozycji broń ręczną i broń „strzelającą”. Podczas rozgrywki użyjemy m.in. kastetów, kos, pałek, a także strzelb, karabinów szturmowych, paralizatorów a nawet miniguna! Jednak najbardziej śmiercionośną bronią jesteśmy my sami, a dokładnie nasze dłonie. Nie dość, że potrafimy jednym ciosem powalić do parteru prawie każdego przeciwnika, to jeszcze możemy zakraść się do niego od tyłu i wybrać sposób zabójstwa. A jest ich dość sporo. Możemy skręcić mu kark głośno, ale możemy też w nieco cichszy sposób. Możemy mu wbić śrubokręt lub kosę prosto w plecy, ale możemy także podejść od przodu i skierować jego własną broń w JEGO głowę. Combosy więc są zdecydowanie śmiercionośnymi metodami eksterminacji. Efekt murowany, a ofiara będzie się tylko próbowała wyrywać i krzyczeć. Ale na Riddicku nie robi to żadnego wrażenia, przecież jest on maszyną do zabijania. Ważnym jest także to, że Richard "ogarnął" możliwość blokowania ciosów wrogów, co zwiększa realizm. Jeżeli jesteśmy już przy temacie przeciwników, to zatrzymajmy się tu na chwilę. W „Ucieczce...” będziemy rywalizować z wszelkiej maści strażnikami więzienia, mechami bojowymi, ale także i z więźniami i uwstecznionymi w rozwoju kanibalami (Jama...). OK, ale jak z ich inteligencją. Ano różnie. Potrafią świetnie rozegrać pojedynek, ale potrafią też stać w bezruchu. To może denerwować, zważywszy jeszcze na to, że nasza postać jest swego rodzaju herosem w tym świecie, więc żadni przeciwnicy w pewnym momencie mogą nie sprawiać nam problemów.
Przejdźmy dalej, teraz questy. Te zaskoczyły mnie, oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Są dość zróżnicowane (typu: odnajdź coś, zabij kogoś, zdobądź informację), a nagrody także nie biją sztampą (przydatne przedmioty, szczególnie w więziennych realiach, ważne informacje potrzebne do kontynuowania gry, lokalna kasa, papierosy, nawet alkohol). Zadania w Kronikach nie są obowiązkowe do wykonywania, ale każdy powinien wykonać ich choć kilkanaście. Tu poczujemy geniusz „Ucieczki...”, a dokładnie jej elementów RPG-adventure. I drążąc temat elementów RPG, nadmienię, że Riddick ma tylko jedną cechę, którą możemy rozwijać - punkty życia. Rozpoczynamy z 4 paskami "żywota", ale dzięki dziwnie wyglądającym maszynom, możemy je zwiększyć. To bardzo ważne, bowiem w późniejszych etapach będziemy mieć problemy, jeżeli stan życia zbyt szybko zredukuje się do zera.
No ale niestety, każda gra ma swoje wady. Do nich zaliczymy m.in. długość rozgrywki – nie wykonując questów, będzie to jakieś 8-10h. Co innego z posłusznym wypełnianiem powierzonych zadań – czas wydłuży się do jakichś 15h. Mam jednak świadomość, że tylko jakieś 15% posiadaczy wykonała wszystkie misje poboczne, zawarte w Kronikach Riddicka. Do minusów zaliczyć można jeszcze szwankujące AI przeciwników. I to by było na tyle...
Świetny Diesel w genialnej grze – podsumowanie...
19.99. To cena Kronik Riddicka. Śmieszna cena. I to kolejny powód, dla którego zdecydowanie warto kupić tę produkcję. Któżby nie chciał czmychnąć z najbardziej strzeżonego więzienia w całym Wszechświecie? Eksterminacja wrogów zapewnia frajdę, skradankowe elementy budują napięcie, a fragmenty RPG-adventure zwiększają „powagę” gry. I to wszystko składa się na jedną z najlepszych gier 2004 roku. Klasyk!
Zalety:
+ grafika
+ świetny voice-acting
+ oprawa audio
+ Riddick...
+ udane połączenie gatunków
+ klimat więzienny
+ cena (19.99)
Wady:
- szwankujące od czasu do czasu AI
- długość rozgrywki
Ocena: 9/10
Ostatnio edytowany przez LordTyrranoos (2009-06-20 11:59:43)
http://ja.gram.pl/Lord-Tyrranoos <-- zapraszam! Recenzje, zapowiedzi, gameplay'e i newsy!